Mój almanach poetycki

 

galaktyczne koronki

 

na linii oko – oko

każdy detal blednie

i odpływa w przeźroczystość

 

na linii serce – serce

gasną kłótnie i spory

milkną odgłosy zbrojnego oręża

 

chóry anielskie

nie tracą fasonu

choć w nagłym uniesieniu

gubią takt i nuty

 

nie są zakłopotane

widzą szczegół:

kolejne zagięcie

czasoprzestrzeni

 

w takich chwilach

przerywają codzienne zajęcia

siadają pod girlandami galaktyk

i dziergają światłowodowe koronki -

 

nieskończone szpalery miłości

 

 

 

 

 

Halina – życie pełną piersią  

                                                                                    Poświęcony Halinie Poświatowskiej

na niespokojne serce

i jego porywy

krople walerianowe

ciepły koc kojących słów

nie dla mnie

 

życia

bez szpitalnych korytarzy

upartego łóżka

zbyt wysokich schodów

chcę

 

nie ograniczy mnie

płytkość oddechu

ani słabość nóg

 

życia

prawdziwego

aż po kres dni z tobą

ile w piersi tchu

kochany mój chcę

zachłannie

 

niech mnie samą

gdy tylko zabraknie

sił na wspinanie

po miłość

 

niech mnie samą jedną

bo jeśli życie

z urywanym oddechem

to lepiej

podać dłonie

korzeniom drzew

 

 

 

 

intruz

 

inwazja przebiegła skrycie

 

agresor w krótkim czasie

przeprowadził rozpoznanie

i doprowadził do kolonizacji

 

nie napotkał trudności

podczas zasiedlania

zdobytych terenów

 

opanował sztukę kamuflażu

umocnił barykady przetrwania

zmutował potomstwo

 

upojony zwycięstwem

bez skrupułów wpisał się w kod

nie swojego życia

 

banalny intruz –

bakteria

 

 

 

 

Izolda – eksplozja miłości          

 

stoją naprzeciw siebie zapatrzeni

nie pamiętają początku

nie znają upływu czasu

umierają bez siebie

powracają bez końca

śmiechem płaczą

gestem łakną

plączą się w słowach

niewypowiedzianych

dotykają w locie

czułością niemą

 

zapatrzeni (w siebie)

przed sobą stoją

powietrze drży

od wewnętrznych

eksplozji

 

 

 

 

Judyta - walcząca                           

                      

mój pancerz nie jest zbroją
i nie strzelam z łuku na oślep
wcześniejsze zranienia nie czynią mnie
nienawistną amazonką
krew tętniącą życiem mam
i serce otwarte jak bramy Betulii
tak to ja dziewczyna sprzed lat
obraz mój noszę wraz z obrazem twoim

 

miły Holofernesie ty już wiesz
nie mogłam pozwolić na tę miłość -
osłabić wrażliwe miejsca
bez szans na wspólny czas
to jak zburzyć obronne mury
w których chroni się lud
przed atakiem twych wojsk

 

teraz na niwach niebieskich jesteś
i widzisz że serce me krwawi
wiedz że  tylko tak mogłam
zyskać siły do obrony
życie moje to walka
królewską godność mam
niejednokrotnie mówię „nie”
aby tym bardziej świadomie
czasami powiedzieć „tak”  

                                                                                                      /Jdt 1-16/

 

 

 

 

listopadowe projekcje

                                                                                 Dla Taty

Schowałeś do kieszeni płaszcza

wszystkie moje

dziecięce pytania

młodzieńcze niepokoje

dorosłe nadzieje

 

Zabrałeś w podróż

w niebijącym sercu

pożółkłe fotografie

naszych

utrwalonych błyskiem chwil

wypalonych śladów

niewypalonej miłości

 

W pokoju

innym tym samym

z widokiem lasu

innego tego samego

w szufladzie nieszufladzie

gromadzisz pamiątki

drugiej strony wspomnień

 

Proszę powiedz

że Bóg namalował ci

pejzaż Beskidu

w promieniach

zawsze wschodzącego słońca

 

 

 

 

modlitwa  drzew

 

podchodziły na palcach

z naręczami złota

na wysokościach

łaski pełne

rosły milczeniem

nie wołał nikt

splątany dotyk

muskał liści

usta

śpiewały nokturny

spadające dębów płomienie

okryły samotność mchów

nad twoją

człowiek zapalił znicz

 

 

 

 

nadzieja

                                                                                              >>„Oswoić” znaczy „stworzyć więzy”<<

                                                                                                                                               Mały Książę

                                                                                                                   Antoine de Saint - Exupe’ry

oczy sarny wielkie i czarne

jak talerze jezior nocą

tyle w nich czai się strachu

że mogą utopić nadzieję

 

w rękach zabójcy siła

broń wymierzona do celu

wyrok wydany zaocznie

adrenalina naciska spust

 

myślę o oczach sarny

gdy umysł precz oddalam

serce wyciągam ze zbroi

na dłoni kładę i znów

uczę się kolejny raz 

oswajania

 

 

 

 

narodziny

 

                                                                             „Zło staje się o tyle rzeczywiste, o ile człowiek
                                                                                           udziela mu czegoś ze swojej własnej rzeczywistości”.

                                                                                                                                                       [Ks. Józef Tischner]

lęgnie się

                                                                                                                                                                                                                                  

ma zacięty wyraz twarzy

w oczach lód

w ustach demagogiczne hasła

 

niekiedy

przykleja do twarzy uśmiech

ściąga kąciki ust

klepie cię po ramieniu otwartą dłonią

podczas gdy drugą zaciska w kieszeni

 

myślisz

że to ego silne w centrum

przeczuwasz

słabość umierającą bez pochlebców

 

zamysł

czy przypadek

zbieg okoliczności

czy predestynacja

kalkulacja

czy szaleństwo?

 

ile z ciebie w nim?

 

                                                                                                                                                              

 

 

 

Ofelia – uległa niewinność       

 

płynę po rannej łące

rozkwitam 

w splocie rąk

i choć każdą żyłką

postrzegania

widzę czuję

ciebie wiem

że los nas rozdzieli

 

z prądem płynie

biała sukienka

długich włosów splot

zostawia jasny ślad

kiedyś oddałabym

wszystko

za ciebie

 

myślisz że w odmętach

szukam pocieszenia

 

ale może

to nie ja

koić pragnę ból

 

 

 

 

okres gwarancji

 

wisi na kablu

choć bezprzewodowy

już mu było bliżej

do utraty tchu

a jeszcze wysyłał  sygnały

 

rozgrzał się

od strumienia elektronów -

dożylnej kroplówki

powoli nabrał kolorów

ciekłokrystaliczny wyświetlacz

ale akumulatorowe serce dogorywa

przewidziano datę jego śmierci -

koniec okresu gwarancji

 

nie ma niezastąpionych rzeczy

tylko ludzie

z zapisanym jak w testamencie

okresem ziemskiej gwarancji

zamieniają się miejscami

z nadzieją niezastąpienia

 

 

 

 

Stacja Przemyśl                                                                                                                                                                       

 

biegła z rozwianym włosem

po cienkiej linii torów

szukała stacji z napisem

 Pomyślność

znalazła jedynie stację

Przemyśl

myśli i nie wie

gdzie ręka lewa gdzie prawa                                                    

gdzie płoszy się sen gdzie jawa

gdzie granica bólu  radości

gdzie kończy się sen o miłości

gdzie zaczyna               

dziewczyna na szynach

jak na łyżwach życia    

 

 

 

 

złotopotocki sen

 

lato wykrwawiło się

zasnęło czerwienią

na dłoniach liści

 

wiatr ciszę zdmuchnął

w zaświaty zieleni

i śpi w niedźwiedziej

 

na zagubionej ścieżce

snem nocy letniej

poszukuję znajomych twarzy

i czekam

 

niech ziści się

 

                                                                         Janów – Złoty Potok 10.2012